środa, 30 września 2015

"I won't mind" - RP (feat. RinYoo) pt.1

Title: "I won't mind"

Pairings: Yoonkook (Suga & JungKook), Jihope (J-hope & Jimin)

Summary: Dobra króliczki - proszę. Ciekawa sprawa; pisaliśmy z RinYoo opowiadanko i spodobało mi się na tyle bardzo, że stwierdziłem, że muszę je tutaj umieścić. Tak więc co do moich deklaracji o pozostawieniu k-popu.. once u go in there's no turning back .-. Nie ma się czego bać, BTS zawsze spoko. Delikatny, fluffiasty i przyjemny bo gość specjalny posiada piękny styl, którego -idky- się wstydzi, więc pokażmy jej, że ma pisać więcej C:


Yoongi (Gabe):
Słońce. 
Daje tyle radości, światło, dzień, początek. 
Co poranek przynosi nadzieję. Nową nadzieję, nowe marzenia.
Spójrz.
Gdy podniesiesz dłoń, rozstawisz palce szeroko, możesz udawać, że je łapiesz. Albo, że jest tylko malutką świecącą kulką, a nie ogromną gwiazdą.
Spójrz, jak to pięknie wygląda.
Słońce dopiero rozpoczynało swój leniwy maraton, powoli wyłaniając się zza oceanicznego horyzontu.
Chłód przenikał mimo warstw ubrań, co jak wiadomo nie stanowiło żadnej przeszkody w łapaniu każdego promienia nowej nadziei od samego początku dnia. Poprawiłem kołnierz kurtki, podkulając ramiona wraz z nagłym powiewem bryzy. Grzązki piasek zapadał się śmiesznie pod butami, ale już wkrótce postawiłem krok na betonowej platformie imitującej mały port, a służącej głównie za prowizoryczne molo. Stanąwszy na samym jej końcu najpierw utopiłem wzrok w spokojnej, gładkiej tafli wody, równie powoli jak wschodzące słońce, głaszczącej betonową ścianę. Następnie wzniosłem głowę wysoko, patrząc w smukłe obłoki oświetlone zaspanym światłem. Podniosłem dłoń, przez palce spoglądając na świeżo obudzone słońce, na światło, pełznące powoli od nadgarstka po same opuszki.
Spójrz.

Jungkook (RinYoo):
Uniosłem dłoń, zwijając każdy palec po kolei, aż utworzyły coś na kształt rulonika. Przysunąłem ją do twarzy, spoglądając przez utworzony otwór niczym przez lunetę. Odbijające się od tafli wody poranne promienie słońca sprawiły, że musiałem lekko zmrużyć oczy. Udawałem, że na prawdę patrzę przez lunetę, i że dzięki niej widzę odległy o wiele kilometrów ląd - niczym odkrywca, wypatrujący upragnionych nowych krain, których dostrzeżenie byłoby spełnieniem wszelkich marzeń. Ta myśl wywołała uśmiech na mojej twarzy. Jako dziecko zawsze pragnąłem zostać piratem, móc pływać po morzach na swoim okręcie, nie będąc ograniczanym przez żadne zasady oprócz moich własnych. Mieć załogę, na której mógłbym polegać. 
Być wolnym. 
Być sobą. 
Do niedawna wydawało się to niemożliwe, ale teraz tak właśnie się czułem. Siedziałem na zimnym, metalowym molo nie dlatego, że ktoś mi kazał. 
Była to moja własna decyzja. Moja, i tylko moja. 
Uśmiechnąłem się szerzej. Piracką załogę też miałem - tworzyli ją najważniejsi dla mnie ludzie, obecnie drzemiący spokojnie w aucie kilkanaście metrów od miejsca w którym się znajdowałem. Było idealnie. Zbyt idealnie. Dlatego właśnie moje myśli musiały skierować się w kierunku tej jednej osoby, o której myśleć nie chciałem. W momencie uśmiech całkowicie spełzł z mojej twarzy. Wlepiłem pusty wzrok w odległy horyzont, przeklinając w głowie wszystko i wszystkich, którzy akurat się nawinęli. A ten dzień zapowiadał się tak pięknie...



Yoongi:
Instynktownie zwróciłem głowę w prawo, w kierunku starej, metalowej konstrukcji. Stała jakieś kilkanaście metrów od miejsca, które deptałem.
Siedział tam jak co rano, ze swoją głową nabitą marzeniami, wpatrzony w ocean. Mały chłopiec, wypatrujący swojego pirackiego statku.
Cicho zeskoczyłem ze swojej betonowej bazy. Powolnym krokiem posunąłem w kierunku drugiego ludzkiego istnienia. Kolejne ślady w grząskim piasku zachlapywała oceaniczna piana.
Dobrnąwszy do metalowej platformy z niemałym trudem się na nią wgramoliłem, w końcu stanąłem wyprężony jak struna, starając nie zachwiać zbyt widocznie. Zadarłem głowę, mrużąc powieki.
- Ocean dziś spokojny, kapitanie. - mruknąłem wysoce profesjonalnym głosem. -  Idealny dzień na żeglugę.
Po ostatnim słowie spojrzałem na chłopca, zaraz zajmując miejsce tuż obok niego. Uśmiechnąłem się delikatnie, dokładnie przyglądając się jego pięknej, skupionej twarzy, oświetlanej porannym blaskiem.

Jungkook: 
Słysząc głos dochodzący zza moich pleców wzdrygnąłem się lekko. Huh... Yoongi hyung?
Nie słyszałem, żeby ktoś szedł w moim kierunku; dźwięk stawianych przez niego kroków zapewne został wyciszony przez szum fal rozbijających się o brzeg. Usiadł obok mnie, a ja wlepiłem w niego swój nadal nieco zamyślony wzrok. Moje oczy odbyły wędrówkę po twarzy starszego chłopaka, a widok sprawił, że na chwilę poczułem jakby brakowało mi tlenu w płucach. Od zawsze uważałem, że Yoongi jest piękny, a delikatne światło poranka zdecydowanie nie ujmowało mu tej urody.
Dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że coś do mnie powiedział, ale nie wiedziałem jak zareagować na jego słowa. 
-Hyung, nie śpisz? - spytałem więc, odwracając głowę z powrotem w stronę oceanu.
Przeszedł mnie gwałtowny dreszcz, więc naciągnąłem rękawy kurki tak, aby schować w nich zmarznięte dłonie.



Yoongi:
- Morze zawsze mnie budzi. - mruknąłem chowając dłonie do kieszeni spodni.
Nie czekając długo po prostu usiadłem tuż obok swego rozmówcy, podkulając ramiona w niekontrolowanej reakcji na atak porannej bryzy. Mimo różnicy wieku stanowiącej o mnie jako "hyungu", młody był wyższy, lepiej zbudowany. Siadając obok miałem wrażenie, że mógłby bez problemu schować mnie w ramionach.
Bezwiednie spuszczonymi z krawędzi platformy nogami zamachałem rytmicznie, zgrywając się z powiewem wiatru. Zerknąłem znów na chłopca obok.
- Jak się czujesz? - spytałem, instynktownie wyczuwając duszącą zawiesinę jego emocji, bez chwili zwłoki oplatając mnie, krępując i próbując zarazić.

Jungkook: 
Bez chwili namysłu przysunąłem się bliżej do chłopaka siedzącego obok mnie, sam już nie wiedziałem w jakim celu. Próbowałem sobie wmawiać, że chodziło tylko o ciepło, jakiego mógłby mi użyczyć - było bardzo zimno, pomimo tego, że słońce grzało coraz mocniej. Tak naprawdę po prostu chyba nie chciałem przyznać, że potrzebuję czyjegoś wsparcia, albo chociaż tylko obecności drugiego człowieka. Ale teraz był ze mną hyung. Powinno być lepiej, prawda?
Westchnąłem zrezygnowany, słysząc jego pytanie. Jak się czuję? 
-Dobrze. - odpowiedziałem, nawet nie łudząc się, że mi uwierzy.
Yoongi zbyt dobrze mnie znał.



Y:
Rzuciłem mu wyczekujące spojrzenie, nawet nie porywając się na przekonywanie go jak bardzo mu nie wierzyłem. Z resztą dobrze o tym wiedział.
Ale niech się namyśla do woli, bez pośpiechu. Oparłem więc głowę na ramieniu dongsaeng'a i spokojnie przymknąłem powieki, czekając aż opowie najgłębsze zakamarki swoich myśli.

JK: 
Westchnąłem głęboko, a zimne powietrze zakuło mnie od środka - jak nic kiedyś przez to zachoruję, jednak mój układ odpornościowy na razie jakoś sobie radził. Zresztą i tak pewnie nie bardzo mnie to obeszło. Nie chciałem urządzać jakiegoś kółka zwierzeń, ale szczerze mówiąc, już od jakiegoś czasu korciło mnie, żeby się z kimś podzielić moimi myślami i uczuciami, bo sam nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Może Yoongi byłby w stanie mi jakoś pomóc... Biorąc kolejny głęboki wdech, postanowiłem opowiedzieć mu, co mnie trapi - nie wiedziałem tylko, na jak dużo mogę sobie pozwolić. Żaden z chłopaków nie wiedział niczego na temat mojej orientacji seksualnej (co tam, nawet ja sam nie byłem jej pewien) i nie chciałem, żeby zrobiło się niefajnie. Oczywiście wierzyłem, że nie osądzaliby mnie z takiego powodu, ale cóż... Nigdy nie wiadomo, czyż nie?
Uznałem jednak, że jeśli powiem mu tylko trochę to nic złego się nie stanie.
Zamknąłem oczy jedynie po to, aby kilka sekund później na powrót je otworzyć. 
- No więc - zacząłem niepewnie - jest... taka jedna osoba. W sensie, no wiesz, taka, którą lubię.
No i... Ten. Wydawało mi się, że ona, w sensie ta osoba, też mnie lubi. Ale... - zatrzymałem się na chwilę, zdając sobie sprawę, jak głupio to wszystko brzmi. Boże, beznadzieja. 
- No, ale chyba tylko mi się wydawało. Ostatnio w ogóle nie zwraca na mnie uwagi, a ja tylko mogę patrzeć, jak poświęca swój czas innym a mnie ignoruje. I czuję się wtedy tak dziwnie, i... - mój głos powoli przeszedł w szept - Jestem zły. Strasznie. I... Hyung, ja nie chcę być zły...



Y:
- Kookie.. - mruknąłem bez namysłu, dopiero teraz będąc zmuszonym do krótkiej pauzy, zbierając najważniejsze słowa i plotąc z nich coś sensownego. - Choćbyś nie wiem jak się starał, nie będziesz zły. To jedna rzecz, która mimo Twoich różnorakich talentów na pewno Ci nie wyjdzie. - uśmiechnąłem się ciepło, mimowolnie kładąc dłoń na karku młodszego i spokojnie go gładząc.
- A co do tej dziewczyny.. hm. Często się z nią widzisz? - Zacząłem się poważnie zastanawiać kiedy ten brzdąc ma czas widywać się z dziewczynami. Niby zawsze da się wydzielić czas na coś, co jest ważne, ale Kookie przecież tylko jeździł z nami bądź gdzie, często nawet na tydzień, a jeśli nie, zazwyczaj graliśmy u mnie w kosza. Zostając sam, oddawał się tańcu, jego wielkiej pasji. Skąd więc nagle wzięła się dziewczyna, z którą ponoć tak często się widzi, że nie może znieść kiedy nie poświęca mu uwagi.

JK: 
Czując na karku ciepłą dłoń chłopaka, zamknąłem oczy i starałem się jak najbardziej wtulić w jego dotyk. Miałem ogromną ochotę po prostu go przytulić, ale nie starczyło mi na to odwagi. Prawda, Yoongi był osobą mi bliską, był moim hyungiem, ale nadmiarem skinshipu nigdy nie grzeszyliśmy. Oczywiście do pewnego stopnia nam się zdarzało dość często - przelotne uściski, klepnięcia w ramię czy plecy, et cetera, et cetera - ale było to coś typowe dla "męskiej przyjaźni". Dlatego nie chciałem się nagle w niego wtulać i płakać na jego ramieniu, to by było... Nie w moim stylu. Westchnąłem cicho. Sprawa wyznawania sekretów też powoli wymykała się spod kontroli. Yoongi (jak przewidywałem) z góry założył, że mówię o dziewczynie,
przez co nie do końca wiedziałem, jak dalej formułować swoją wypowiedź. 
Nie chciałem kłamać, ale zarazem nie chciałem też wyjawiać całej prawdy.  Uh, co robić... 
-Tak, dość często się widujemy. - odparłem w końcu, ignorując pierwszą część jego wypowiedzi, na którą nie wiedziałem jak zareagować. - Znamy się już bardzo długo, ale dopiero od niedawna zacząłem mieć te, no. Uczucia. - zakończyłem niezręcznie.





Do przeczytania! - Gabryś.



wtorek, 22 września 2015

"Nothing at all" - Scömíche (OS)

Title: "Nothing at all"

Pairings: Scömíche (Scott Hoying & Mitch Grassi)

Summary: Just a short one-shot for your sick entertainment C': I've vritten this pretty long time ago so it may not be as good as I'd like it to be, but hey, nobody's perfect so I'll just leave you here and have fun enjoying this 

"That's nothing to be afraid of, you're just gonna go stand in front of him and say, that you love him. Nothing at all." - said to himself inside mind and stepped from the last stair. Searched one was standing right there. "Take it easy..." 
- Hi Scott ~! 
- Oh, hi. What's up? 
- Uhm I mean... nothing special, it's ok. Anyway I've got something to tell you... it is an important thing. 
- Ok, go ahead. 
- You know... since like last month I've been thinking how to speak out that you became someone more than friend to me... 

Mitch woke up spontanously - sweating all over his face and shaking. That was just a dream... pretty scary, though. Like a nightmare unfortunately with it's reflection on the real life. Yep, Mitch was in this uncomfortable situation when literally - all hope is gone. What it means is that he knows his feelings, he is sure about them and he wants to uncover them so bad but he can - at least - pretend and cover the truth with his acting skills. Why? All because the whole universe know his decision. He said how he wants it to be seen like and now he just can't change his mind. The choice has been done. The question is, was it so infarrible?
 Last tour, they went with Pentatonix, they were so positive that nothing is enough to spoil their friendship and bacause of that they were acting with this all "scömíche" stuff everywhere almost all the time. Surprisingly, nobody found it offensive or destructing such natural it was for this two. But back then they were just two friends making fun of each other and having those clear rules of the play. Now something has changed. Mitch too many times findes Scott attractive, worse - basicallly just hot. He does care about him not like an ordinary friend. He thinks of Scott whenever it's possible. And now he also has dreams about him, what a perfect way to lose best friend. Congratulations Mitchell. 
He leaned out of the bed, with this heavy breathing feel like he's been running or something. Tried to wake up Kirst, she was just like his sister so he wanted to tell her all the truth right now; after all she was in charge to help and support him no matter what. 
- Hey, Kirst... Kirst...! Wake up! Kirstie! 

Sadly wasn't going too well. 

He's got up after a while, when Scott sleeping above him said something dreamily. Mitch sat on the edge of his bed and brushed a fringe with fingers. Finally he jumped out of the bed quietly so no one could hear him steeling the very last chockolate milk from the fridge. 
They were driving the whole night, Jenevieve was really doing her best. "She must be tired as crap, woah..." Mitch counted how many hours she's been driving and to be honest he was really impressed.
It was still a bit dark outside so seemd like there is still deep night around, everyone's sleep is heavy enough and finally - no one could pay any attention to him. Frankly speaking it was about 4AM, but who cares. 
Suddenly he heard something and got a bit scared, but at the end he put his milk aside and went to finde out what makes such a weird sound.
'Like somebody's gigling..' 
He went back to their 'bedroom', cause the sound was coming definitely from there, what's more, the maker was nobody else but Scott. Mitch gentely grabbed a reil of blonde's bed and pulled it a bit. The view he's seen made him grinning a lot and trying not to just jump at Scott and suffocate him by huges; he was just totally innocently playing around while dreaming. Yup, as Mitchie figured out he in fact still wasn't awake. And that's probably what made Grassi so rapt, when he came throught what was the misteorious sound. Scott was just unstoppably giggling, in a few moments so hard, that Mitch almost started laughing at him. After a minute he touched Scott's arm softly. 
- Scott... hey, stop it, wake up maybe? 

Wasn't succesful at all. For the first time. 

- Hey, Scott! You're sleeptalking... kind of... After that, he got the very first reaction from blonde guy. 
- Uhm... Mitchie... hih! - What? Scott be awake 
- NOW. Then in the long run he opened eyes and sighted Mitch at the beginnig. 
- Mitch... what the hell are you doing? - Brown-haired one smiled at him.
 - God, you've been gigling so bad, that you woke me up, you jerk! 
- Are you just freaking kidding me? Am I really sleeplaughing? Geez... 

Both of them laughed at the same time. Scott grabbed Mitch'es hand by sleepy move and put it closely to his mounth. 

- Anyway... Princess please, let me sleep. It's literally freaking middle of the night... 
- But on my rules. 
- Huh? 
- I'm totally sleeping with you, clear? 
- I mean.. why not... After all I'm feeling lonley, like... a lot. 
- I'm coming daddy ~! 

Mitch grinned widely and tried to climb the highest bed, which Scott owns. Just a second after he did it, higher one wrapped his waist and closed him in warm and delicate hug. There was something different in his touch this time. 

- Hey Mitch... wanna finde out what I was dreaming about? 
- I've got literally no idea. You going to tell me or nah? 
- Well... it was quiet a funny dream, we were in the same hotel, even bed and gigling at each other. Know what? 
- Hm? 
- I would love... 

He paused for a moment rolling on the other side face to face with Mitch, as he already turned his cheeks red. 

- ... to make this dream come true! 

And he started touching Mitch'es armpits and tickling his tummy. By the way he was doing it only by one hand while second one he was covering Mitch'es mouth making him not to be able to laugh out loudly. As soon as possible blonde one also was attacked by tickles with no mercy and they were laughing at themselves for a pretty long while. When they completely ran out of energy they've just laid next to each other packtling so bad. Mitch decided something while this moment lasted. 

- Scott? 
- Yep? 
- Know what? I had a pretty fun dream today, too. 
- And how about making it come true? 
- Would you like to? You don't really know what's going to happen though... 

Scott got up a bit butteressing on his hands with face just above Mitch. He bend a bit in queen's direction and got closer to him. Boy princess didn't know what the hell is going on, but Scott finally decreased the distance between them two completely. Their lips linked for a moment and Mitch blushing as hell, tried to understand the whole situation. 

- Honey... you sleeptalk since like forever. 

Scott commented and then he kissed Mitch again maybe a few seconds longer. Brown-haired wrapped Scott's neck and pulled him closer to himself. 

- Well... if you hear all my toughts then I have nothing more to tell you than... I just don't know when did it start and why did I agree with that but I love you. More than much. 
- I know right. And I knew also that one day it would come out. The funniest thing is that I love you too, would you say? 
- Noo... not really. But I suppose we're not going to hide this any more. 
- I don't think so. Apparently in such situation it's proper to say 'it was ment to be" and that's it. 

Mitch rolled a bit closer to Scott's waist and hugged him deeply. 

- I hope so. After all it's nothing at all am I right? 
- Yep, it's much more than nothing at all. 
- Well then I'm glad that I'm sleeptalking. 
- Most honest moment in your life? 
- SCOTT ~!



Till the next time! - Gabe.



czwartek, 30 lipca 2015

"Not anonymous at all" chapter 1 - eng ver.



Title: „Not anonymous at all”

Pairings: Zayn Malik and Harry Styles (Zarry Stalik)

Summary: Zayn’s day-by-day life seems quiet calm and satisfying. Meetings with group of his friends which actually stands for their fake AA reclamation are one of bright points in his life. Until whole reality turns 360 degrees along with receiving formal letter from the city’s government where’s put down a decision of making an escaper from the correctional facility be under their group’s custody. Some guy apparently named Styles..


Sultry evening of early summer period was filling his lungs when another steps were being taken on the unknown road already leading him for quiet a long piece of time. Peach painted sky even though it could easily make some beautiful, unusual sights was brutally covered with crowd of dun clouds announcing inevitable shower. But Zayn was a big boy and he wasn’t afraid of storms.
He was having a walk for over two hours already tearing apart his own piece from the patchwork of reality and, along with this, giving a part of sluice for everybody around, as well as himself. He was really tired of this constant… being.
He rubbed sweat from his temples, took a pack of cigarettes and grabbed one with lips. After a while the atmosphere got way more thick than it used to be because of smoke and Malik not slowing his pace was continuing staring at the stormy clouds and playing weather presenter inside mind. Wasn’t event paying attention to the fact that his phone was ringing almost all the time in a back pocket of his trousers. 
He's just realized that in fact he should have had his phone off which would stand for smaller level of general destruction.
He'll come back either way. Everyone around know exactly he'll be back, no way he would even think on actual running away. It's just like he basically needed some time to be alone himself, away from world, considering and taking responsibility. 
On the horizon, where there was the biggest amount of clouds in shade of deep navy blue, strong hit of bright, a bit pinkish lightning unexpectedly shined on the sky. Malik slowed, after all stopping completely. Breathed deeply cigarette's smoke, then threw the unburned rest away. Another lightning expanded low purr of thunder. Brown haired one brushed his fringe then thinking for a while and grabbing his jaw, just to scratch proud two-weeks-old beard.
After the third lightning Malik lively but with all the dignity, turned back.

He appeared at his house soaking wet, which he found completely pointless even trying to avoid. Sky was crying out hectoliters of water, wind was blowing restlessly and thunders were making audience die in fear. Zayn put soaking keys into the keyhole and along with praying the Lord, closed the door, when found himself inside, leaving behind all those crazy elements behind a safe boarder. 
Shook a bit, typically for an average street dog as he was, putting off all his cold, wet clothing. The very first impulse of heat gently touched his skin when he finally ran out of witnesses of the rain. Completely naked Malik finally decided to immediately go to the kitchen and prepare himself a nice cup of tea.

Wish he won't get ill.

In a cupboard he found the very rest of anything able to be called tea, threw it into his cup and waited until the water in a kettle was boiling. 
With already steaming tea sat on a washed off sofa, which was his only one true lover for the life. Looked through the window which was painting the view of muddle-spreading storm.
Being only curious he took a phone he was sitting on out of the back pocked. Cursorily looked through last few call logs that he didn't accept. Tea was getting cooler and cooler, so he had time to check all the list. 
What was absolutely obvious, almost all of it contained Liam's calls, a lot was from Lou and Niall. They must be bored as hell with their lives. How can you not understand that when someone declines your second call, means he neither has no time nor will to talk to you.

Zayn, despite he was trying really hard, sometimes just couldn't understand his friend's behavior. He was living with this overpowering feeling he was so different from his peers that not even one of them was similar to him. 
Obviously that didn't make any change in fact that he did really treat them as real friends and he liked them so much. He just had to take everything from a healthy distance, because bringing any of'em deeper into any sphere of his life, could cause complete disaster to both sides. 
He even liked those meetings of theirs. Knew well those were only cover-ups and lead to an obvious ending... in fact he wasn't even an alcoholic. He jus liked the way they were telling stories, laughed at each other, after all always just going for a beer. If he just was an ordinary guy with proper expectations in reference to surrounding reality he could easily call them his friends. Real ones. 

Liam was a police officer. Yes, such a perverted guard of the law. He was seen as kind of big daddy of the rest, was trying really hard for the group's image to be good enough. Although he was first to start parties and the least to end them. If there was not alcohol in his life he could be easily called perfect material for a husband - caring, consequent, basically just good. Yeah, Liam Payne was a good person. He could understand Zayn the best way possible. Probably that's because the policeman was really grown up guy, watching the world from reasonable point of view. He was open minded as well, able to listen and always trying to understand. Malik was sure he could count on him in some more serious cases, obviously unless he was busy with a huge alcoholic libation with random people at the moment.

Louis.
Louis was hell of specific person. Not that he wasn't adult at all, cause in his own, strange way he seemed to rationalize his behavior. He was basically just hyperactive. Of course his impulsiveness was taking the highest level when there was a presence of an alcohol he could applicate to his body, but it wasn't necessary for him to simply be a bundle of nerves. He was working in a Chinese restaurant, which actually wasn't the peak of his dreams. Indeed he liked cooking etc but his only true passion was hidden from the most of his peer. While - obviously - all of the group knew about it perfectly; football was his whole life. He was coming to job with all stuff prepared - big bag filled with soccer shoes and a uniform to be able to go to the pitch as quickly as possible, right after his working hours. He was constantly exercising, sometimes till it was really late at night. Real man with passion. He was never to give up in trying to reach his goals. Although wasn`t really able to trust everybody so easily, he was really good friend, cool pal for long evenings, to watch matches and making contests in number of eaten hot wings from KFC. As it happens in football fans peer he was usually ready to use his fists or swear heavily to solve the problems. In fact his whole life was one of a fucking joke, but it wasn`t enough to interrupt him while laughing along with friends and being happy in general.

Niall was not able to be described with any other adjective than just... Niall. His character was pretty similar to joyful puppy chasing artificial stick. He was literally the definition of happiness and a carefree life. Confident person as well as the one who works on keeping the trust of others in him. Tritiness of his character somtimes seemed as a kind of denial of it, but there was always some magical way to get through this. Pretty interesting thing about him was that he had been born on Irish land, which would be a perfect description why he has such a lovely weakness in good liquors. Fortunaely or not, he was a guy whose face Malik has been seeing about all his life actually. Missing part would be for him to move into Zayn's house and wake up under the same quilt as he does.
Not that he was irritating at all, more like.. unintelligible. Incomperhensible by his non stop joy, which somehow always threw Zayn off balance. They've been working in the same place, in car repair shop, where they held a profession of higher assistants, or as they prefered to call themselves - halffitters. 
Malik would never complain about his job. After all he wasn't that type to grumble around because of some inconvenience. So even though he had reasons to, he never said a bad word about his employer. Despite he's been running this company terribly.
As you'd easily say, his rate wasn't a warranty of wealth, although it was perfectly fine to pay for a living in the suburbs of London and two packs of cigarettes per week.

The tea got an accurate temperature, and when black haired guy was about to reach it, the phone in his pocket started to vibrate once again. Without a will to, he put it out and if it wasn't Liam who was calling, he'd for sure reject it with no mercy.


- Hallo?

- Zayn! - the answer came so loud, dark haired one immediately sworn in his mind and started regreting the whole thing. - You finally got this.. where are you for God's sake?

- In my house.. something's wrong?

- I was just thinking whether you made it before the storm has begun or nah. Rain's gone really nasty.

- Yeeah.. I know right. - Malik brushed his hair, still a bit wet though.

From Liam's side there rang long sigh.

- Don't you dare thinking I'm the one who's gonna take care of you and feed you with chicken soup, when you'll lay in your bed between your used wipes and the viruses. - blonde one summed up with another, quieter sigh.

- Oh you will, I know how you like it.

Both sides came out with some calm laugh.

- What about the meeting? - Zayn started again.

- What about it? Oh, you mean after you've left? We've carried on for about 15 minutes and then we went home. Otherwise the weather dispersed our plans.

Silence lasted for a little while.

- Well then, when are we up to finish what we've started? - Malik broke into with this sly ish smile, which Liam wasn't able to notice. Though Zayn could swear Payne did pretty same thing.

- I guess there's nothing on our way against for doin' it..

Policeman cut and Zayn could hear the doorbell in the background.

- Wait a sec.

- Yup.

Clack of the phone being put on the table, then some sounds of a conversation, nothing concrete. Only a minute later Liam held the phone again.

- Postman brought sorta office letter.. - murmed Li.

- You better burn it down quickly, before you'll have to call an exorcist!

Both guys burst out laughing.

- I'll check this tomorrow, it's probably just a piece of unnecessary babble.

- And then you wake up on the street, because of disapperance of your house in unexplained circumstances. What if some innocent civilian told someone important about you drinking in your working hours? - Zayn's voice became unusually ironic.

- Malik.. I promise, some day I'll enjoy ripping your balls off.

- Waiting for it constantly, honey.

- You fag!

- Prick!

- Dickhead!

- Jerk!

- Okay, I've got to go. - Malik could hear Li digging into some kitchen stuff.

- Fine, hang on there mate. See you soon.

- Week time. Hope the weather will be slightly better.

- Yeah, hope so. Bye!

The signal of cut call. Malik waited two or three seconds before he took the phone away from his ear. Took a deep breath, put the cell on the table and reached the tea, which's gone completely cooled down.
By the way isn't that weird, that town hall bothers such an example of perfect citizen as Payne. After all if you compare the others of their group and him it seemed like comparing a bunch of douchebags and an angel... Zayn dipped his lips in a cold, bitter tea.

Hair almost got dry, storm was pretty much about to end up happily, turning into a nice, gentle drizzle. Malik involuntarily sighted his thighs.
Naked thighs.
Oh yeah.. time to dress up.
Put the cup right next to the phone and with lazy moves he made it into his bedroom. Not paying too much attention what was he putting on, he just grabbed a pair of streched sweatpants and a faded tee with a logo of Misfit on it. This outfit typified his moments alone at the house really well.. faded.

Blankly pulled blinds down and threw himself on the bed. This place was so empty.. as if he had no memories at all. Same with the kitchen, living room, bathroom. It all was so bright and undecorated, not that he never thought about it, it's just that if there was anything that came to his mind at the moment, he had no spare time to use this idea and when he was idly laying on his bed, he wasn't able to come up with anything creative. That's probably why Malik's life was so pale and shrunk in the wash. Just like someone took his shirt out of the washing mashine and didn't iron it.

In the very evening, jumping through channels Zayn was trying hard to activate his constructive facilities but out of spite the only thing he could actually do was eating yesterday's pizza and burning out a third cigarette. His brain stubbornly sticked to the idea of this airy-fairy sloth even though in Zayn himself was a tiny little will to do something different. Pressing "next" button he finally got a London's news channel. Settled back and gave his gummy ish pepperoni another bite.

Drab voice of the reporter lady was giving the viewers those hacking informations: "Harry S. was finally caught - the escaper of correctional facility, accused for beating, consumption of an alcohol as a teenager as well as alcoholing minors. He also took a part in dealing with light drugs. S. is sentenced for another four years to be under curator's protection. Mother, Anne S. refused commenting on this."

- Such pretty face and so naughty... - Malik muttered under his breath, while biting the pizza thing again.

Before he fell asleep with his face conglomerated with a pizza piece and a cigarette in his mouth, which eventually fell off and burned down on the Misfit tee leaving a small gap in it, he could change the channel to stock exchange, which he apparently wasn't able to bear.

And in the morning he was awaken by the smell of three-days old tomato sauce. 

Yeah, that was a life. His faded, sleepy life with the scent of smoke and pizza in the morning. 


~

Till the next time! - Gabriel.

 

niedziela, 19 lipca 2015

"Wcale nie anonimowi" rozdział 2 - pl ver.

Tytuł: "Wcale nie anonimowi"

Paringi: Zayn Malik & Harry Styles (Zarry Stalik)

Opis: Codzienne życie Zayna ma się całkiem dobrze i bezpretensjonalnie. Spotkania grupy jego przyjaciół pod przykrywką regularnej resocjalizacji AA, są pozytywnym oderwaniem od rzeczywistości. Wszystko przewraca się do góry nogami, kiedy od władz miasta dostają oficjalne pismo, powiadamiające ich o tym, że zostaje im przydzielony, uczęszczający do poprawczaka, niejaki Styles...


Co wyjątkowe, nie spotykali się w weekendy.
Prawie nigdy.
Pozostawały odpoczynkiem w najczystszej postaci; połowa grupy pod postacią Liama i Nialla spędzała ten czas z wybrankami serc. 

Liam uważał swój związek za stały, nawet napominając czasem Zaynowi o domniemanych planach matrymonialnych. Dziewczyna była wdzięczna - zgrabna, bezpretensjonalna i w posiadaniu burzy ciemno kasztanowych loków, o których Payne mógłby prawdopodobnie naskrobać epopeję narodową. Co ciekawe, nigdy nie prawił o tym jak bardzo jest w niej zakochany, czy jak traci głowę w jej towarzystwie. Dla przypadkowego obserwatora mogłoby stać się trafnym stwierdzenie, że są raczej przyjaciółmi, niż parą. Przypominali trochę rodzeństwo w przychylnych stosunkach. Byli dla siebie życzliwi i czuli, czasem żartowali ze swoich wad. Malik nieodparcie zarzucał policjantowi, że po prostu do siebie przywykli, że w ich związku przestał egzystować motyw zaskoczenia. Bo tak było, znali się na wylot i jeszcze lepiej, byli przywiązani jak stare małżeństwo. Ale chyba byli szczęśliwi. 

Natomiast co do Nialla był kompletnym zaprzeczeniem postawy kumpla. Jego związki utrzymywały się maksymalnie do miesiąca, konkretnie były takie dwa. Horan lubił balować, czarować kobiety jednego wieczoru, jednak następnego dnia nie potrafił znaleźć tematu, utrzymać rozmowy czy w ogóle zająć się kochanką. Malikowi trudno było przyznawać to przed kimkolwiek, ale Irlandczyk był po prostu cholernie nudny. Na pierwszy rzut oka mógł być czarujący i uroczy, sprawiać wrażenie tego, z którego fajny byłby chłopak, ale nic z tych rzeczy.. Jeśli mimo skacowanego poranka jednej czy drugiej coś się w nim spowodowało, byli sobie parą tydzień, dwa, po czym kończyło się efektownym "jebut", niekończącą się listą obelg i win, oraz siarczystym liściem. Co było umiarkowanie zaskakujące, Horan ani na pierwszy ani na setny rzut oka nie sprawiał wrażenia typa kobieciarza. Zayn sądził, że tak na prawdę nim nie był, że przywykł do jednego stanu rzeczy i podtopił się w tym, półżywo płynąc głębiej i coraz mniej realnie. Ale był dobrym chłopcem, tylko trochę niepewnym swoich potrzeb. 

Za to Malik był singlem, tak jak Lou. Tommo był zbyt zajęty piłką i pracą, a Zayn po prostu nie odnajdywał się w głębszych relacjach, tylko w przeciwieństwie do Nialla potrafił racjonalizować swe żądze. Czasem nawet wydawało mu się, że mógłby być aseksualny. Co prawda bywały momenty, kiedy w otoczeniu szerokich bioder i za dużych dekoltów błądzących pomiędzy barowymi krzesłami, skakał mu puls a bokserki nagle się magicznie kurczyły, ale na pewno nie był typem, który uganiałby się za krótką spódniczką. Jeśli już szedł z kimś do łóżka bez wcześniejszego zamienienia słowa, było jasne, że nie będzie nawet pamiętał płci osobnika.


Kiedy alarm zadzwonił o 6:30, miał wrażenie, jakby cały weekend ktoś brutalnie i bezdusznie wyrwał z jego życia, jak niepotrzebną notatkę z zeszytu. Nie chodziło nawet o przelany alkohol, po prostu tak mało produktywnie przeegzystował te dwa dni, iż umysł samoistnie stwierdził ich absolutny brak.
Spróbował wysunąć się spod kołdry na tyle umiejętnie, by później nie musieć jej poprawiać. Jak co dzień stanął przed łóżkiem, okiem krytyka omiótł pościel, ostatecznie i tak stwierdzając, że nie jest znowu tak źle; jak zawsze. U Malika nigdy nie było aż tak źle, żeby coś poprawiać. Bywały gorsze momenty, fakt, ale nigdy takie, żeby ich żałował czy chciał cofnąć i przeżyć inaczej. 

Narzucił na nagi tors szary bezrękawnik, wcisnął się w czarne dżinsy, wszystko i tak wrzucając w roboczy uniform, bazujący na przeogromnych, technicznych ogrodniczkach o najbrzydszym kolorze świata. Wieczny, malutki koczek, który nosił na głowie, przykrył kanciastą czapką w tym samym odcieniu, poprawiając ją kilka razy. 

Odetchnął głęboko, rzucając okiem na własne odbicie w sypialnianym lustrze. 
O godzinie 6:47, w stroju roboczym, gotowy by ciężko pracować cały dzień, czuł się uczciwy. Prawy obywatel, robiący swoje i nie śniący o rewelacjach. I był sprawiedliwy przed samym sobą, nie udawał, że się stara, nie naginał prawdy na własną korzyść. 
Po prostu żył. 
Bez przesady, jak każdy zwykły ktoś; składowa tłumu. Czuł, że był fair.

Chwycił ciężką torbę wypchaną narzędziami, wrzucił do niej swój stary, poprzecierany portfel, papierosy i ciemnozieloną bluzę. Brak śniadania był dla niego kompletnie naturalny, przyzwyczaił się do funkcjonowania o dymie papierosowym i kawie do okolic lunchu.

Sprawdził godzinę, odblokowując ekran telefonu. Za dwie minuty powinien pojawić się jego pierdolony promyczek słońca w marchewkowym fiacie z wyszczerzonym zgryzem upstrzonym najbrzydszym aparatem ortodontycznym jaki Malik do tej pory widział. Cały Niall. 

Zgodnie z prognozami, po minucie czterdzieści sześć, pod bolkiem zawył żałośnie klakson Horan Mobilu. 

Niespiesznie zwlekał się po klatce schodowej, obracając między palcami klucze do mieszkania. Lubił swoją pracę, nie miał powodów, żeby narzekać na posadę, którą piastował. Choć gdyby mógł głośno wyrazić to co uważa, prawdopodobnie jedynym słowem jakiego by użył, stało by się "przeciętność". Nic nie przypominało mu o codzienności, szarym koegzystowaniu z resztą społeczeństwa bardziej, niż fakt codziennego budzenia się przez alarm w telefonie, ubieranie uniformu i wyjazd do pracy z Niallem. 
Z auta okupującego miejsce pod klatką Zayna po raz kolejny rozległ się przeraźliwie irytujący, smutny ryk. 
Malik zamknął za sobą ciężkie drzwi, wolnym, zmęczonym krokiem dobrnął do samochodu i biorąc bardzo głęboki oddech otworzył drzwi od strony pasażera.

- Dzień dobry, Niall. - mruknął, pakując się do środka pojazdu, za sobą wciągając czarną roboczą torbę, na której tylko ze względu ubarwenia nie było widać, na pierwszy rzut oka, nieestetycznych plam od smaru.

- Cwelasie, ile można się zbierać, no co za księżniczka! Mamy siedem minut, przez Ciebie się spóźnimy. Znowu! - odkrzyknął Irlandczyk w odpowiedzi, szybko wciskając pedał gazu i zmieniając kilkakrotnie biegi. 

- Hm. Również dobrze Cię widzieć. - pokiwał Malik, ledwo zdążając z zapięciem pasów przed tym, jak zawrotna jazda Horana wcisnęła go głęboko w fotel przesiąknięty zapachem sprayu na karaluchy i sosu cytrynowo ziołowego z Nandos. 

- Nie pieprz, Malik. Zostajesz dzisiaj po południu? - oczy blondyna zdecydowanie utkwione w drogę przed sobą, ani na moment nie zaszczyciły spotkaniem wzroku Zayna. Nie, Horan nie był dobrym kierowcą. Ale kiedy szło o dotarcie gdzieś na czas, nie miał sobie równych. Ilość złamanych przepisów, można było przełożyć wyłącznie na dzienne zapotrzebowanie Zayna na papierosy. 

- Raczej. Jeśli chcemy dostać awans, bez nadgodzin się nie obędzie.

- Pf, "chcemy"? Pamiętaj, jedna osoba dostaje awans. Nigdy nie było dwójki w jednym miesiącu.

- Co chcesz przez to powiedzieć? 

Niall sprawił wrażenie mocno zakłopotanego. Jakby mimo pewności siebie, zawstydził się bardziej niż to się do tej pory zdarzało. 

- Chcesz ze mną konkurować? - Malik uśmiechnął się szeroko, wlepiając w kierowcę niemożliwe do odparcia spojrzenie. Horan na ułamek sekundy spoglądnął w jego stronę, zaraz powracając do kontrolowania drogi.

- Niall? Chcesz, żebyśmy byli przeciwnikami? 

Odpowiedź ukształtowana na wzór milczenia, peszyła Irlandczyka coraz bardziej. Wypieki na policzkach prawie zaczęły przesłaniać mu widoczność.
Zatrzymali się na czerwonym świetle. 
Zayn z triumfalnym wyrazem twarzy nie spuszczał wzroku z kompana. Horan silnie gniotąc kierownicę, rzucił spojrzenie na własne kolana.

- Niall.. - głos Malika przybrał niezwykłej, tajemniczej barwy. Delikatna chrypka wyłącznie podkreślała efekt. 

- Uh.. przepraszam. Ale przestań już. - westchnął blondyn, błagalnie spoglądając na przyjaciela.

Zwycięzca oparł się wygodniej, przeciągając lekceważąco.

- Co w Ciebie wstąpiło, draniu? Zawsze szliśmy razem, nie ważne, czy do przodu, do tyłu czy w bok. Horan i Malik. - burknął brunet, wpatrując się w lewą część krajobrazu.

- Wybacz no. Po prostu myślę racjonalnie.

- Sracjonalnie. Dostaniemy awans razem, albo wcale. 

Do końca podróży żaden z nich nie odezwał się ani jednym słowem. Zayn nie chciał zmian w ich relacji. Fakt faktem, Niall co do sprawy z awansem miał tutaj rację, a jednak Malik chciał wykluczyć możliwość rozpadu ich przyjaźni. Nawet jeśli tylko jeden zdobyłby wyróżnienie, to nie musi być koniec, jeśli następny ma szansę za miesiąc. 
I jeśli tylko nie będą o tym rozmawiać. Brunet zawsze utrzymywał, że roztrząsanie spraw działa na niekorzyść dla obu stron. To tak jakby wymawiać się skuteczniejszym gojeniem i z tej racji mieszać ze sobą wszystkie przepisane leki. Możliwe, że zadziałają lepiej, jednak w większości przypadków zrobią tylko większe gówno. 

Zajechali pod warsztat spóźnieni dwie minuty, w pośpiechu wygramolili się z ciasnego wehikułu i puścili się pędem do socjala. Bez zastanowienia wpisali nazwiska na listę w ostatnią i przedostatnią lukę, zaraz potem biegnąc przez szatnię, wrzucając torby do szafek i wpadając do głównego garażu. 
Pozostali pracownicy na chwilę zwrócili ku nim głowy, zaraz jednak obojętnie wracając do zadań im wyznaczonych. Tylko jedna para oczu ciągle ich lustrowała, nieuchronnie się zbliżając.

- Malik, Horan. Zaszczyciliście nas wreszcie. - kierownik jadowicie wygiął usta w brzydki uśmiech.

- Korki szefie. - mruknął Niall, pokornie opuszczając głowę. To on zawsze reprezentował ich dwójkę w razie problemów. A jak wiadomo, nieszczęścia zawsze chodzą parami. Było to aż zbyt prawdziwe w przypadku tej pary. 

- Rozumiem, jasne. Ile zatrzymały was korki.. - zarządca odsunął rękaw służbowego polara, dopatrując się godziny na zbyt wytwornym jak na mechanika zegarku. - No tak. Jest cztery po siódmej. Wiecie o której zjawił się dzisiaj Evans*? 

Spojrzeli na siebie w wymownym milczeniu.

- Darvis!! Pozwól do mnie! - skrzeczący głos kierownika rozniósł się płytkim wrzaskiem po garażu.

Osobnik, który zareagował na swoje imię, uniósł głowę na podobieństwo surykatki, którą cokolwiek nieco przypominał. Ciemne, wystrzępione blond włosy pokrywały jego głowę tylko częściowo, rzadki zarost okalał twarz twarz nadając jej niechlujny charakter, chociaż sam pracownik był przykładem liżącej odbyty beznadziei. 

- Tak panie Bale*? - ten kaczkowaty głos przyprawiał Malika o nerwowe drżenie dłoni. 

- Evans, chłopie! - potężne ramię kierownika wylądowało na chuderlawym barku. Niall i Zayn niemal parsknęli śmiechem, na widok usilnych starań mężczyzny w powstrzymaniu trzęsienia się krzywych, chudych nóg. - Powiedz mi, kiedy ostatnio przyszedłeś spóźniony do pracy?

Nastąpiła krótka chwila ciszy, widać było zaniepokojone skupienie na twarzy Darvisa.

- Yhm.. chyba.. chyba... nigdy panie kierowniku. - odparł niepewnie miażdżony pracownik. 

- Święta prawda, Evans, święta prawda! - Bale niedźwiedzią łapą poklepał blondyna po plecach, o mało nie odbijając mu płuc. - A kiedy nie wyrobiłeś normy?

Pracownik nie odezwał się z czystego zakłopotania.

- Tak jest, też nigdy! Tak samo, jak nigdy nie zdarzyła Ci się nagana, dostajesz pochwały i bierzesz dużo nadgodzin. Powiedz, czy nie jesteś idealnym materiałem na pracownika miesiąca? 

Niall się spiął. Malik zauważył to w jednej sekundzie, wyłapał ten krótki moment napięcia mięśni na wydźwięk końcowego sformułowania. Zayn także był spięty. A przynajmniej tak mu się zdawało. 
Bale przeszył zakwaszonym spojrzeniem obu zainteresowanych, zaciskając palce na ramieniu Darvisa. 

- Taak.. pracownik miesiąca.. to Ty Evans. Tak, postanowione. Zaraz wypiszę zaświadczenie, pozwolisz do mojego biura?

Wypieki na twarzy blond szczura stanowiły odpowiedź na każde aktualne pytanie płynące od kierownika. 

- Ale..! - Niall łamiącym się głosem jęknął za oddalającą się dwójką. 

Przyjaciele stali tak, aż dwójka, którą odprowadzali wzrokiem, zniknęła za matowymi drzwiami biura Bale'a. 

Cisza, wypełniająca przestrzeń między Malikiem i jego blond szoferem, stawała się zbyt uciążliwa. Wreszcie rozległo się siarczyste przekleństwo, zaraz po tym trzask przewracanego, metalowego kubła. 

- Jak on mógł, ten skur.. agh!! - Horan krzyknął po raz kolejny, mimo, że już kilka par oczu było utkwione w jego oddającej się furii postaci.

- Niall, uspokój się.. Ni-... - urwał, kiedy klucz trzynastka świsnął mu obok ucha. 

- Zayn, tak będzie co miesiąc, ten zasraniec po prostu nas nie lubi, bo jesteśmy od niego lepsi, jeśli da nam awans, to tak jakby siebie wywalił, dlatego nigdy go nie dostaniemy, Zayn, nigdy, kurwa!! - młodszy wsunął palce w blond włosy, targając je rozpaczliwie. 

Malik postąpił krótki krok w kierunku przyjaciela, obejmując go ramieniem.

- Jest mnóstwo osób, które jeszcze nie wiedzą jak mnie nie znoszą. On się dowiedział i to uwidacznia. Ale to nie znaczy, że nie mamy szansy na awans. Praca to praca, w końcu skończą mu się ekwiwalenty, a na scenę wkroczymy my. Zobaczysz. 

Kilka rozgoryczonych westchnień wyciszyło puls Irlandczyka.

Wypuścił ciężko powietrze. 
Zamknął oczy.
Otworzył.

Jego spojrzenie było spokojniejsze.

Uśmiech Malika nasunął na twarz Horana delikatny cień optymizmu. 

- Jeszcze uwalimy drania. Zobaczysz.

- Chodź do pracy, Zayn. 

- Racja. Robota się sama nie zrobi. 

Wsunęli na dłonie robocze rękawice i zabrali się do tego, co było ich psim obowiązkiem. Do ciężkiej pracy prawych obywateli. 

Do reperowania samochodów. 



*Darvis Evans; Andrew Bale - zbieżność nazwisk jest przypadkowa i nieumyślna. Postaci ukazane w  opowiadaniu są wytworem wyobraźni autora i nie są wzorowane na prawdziwych osobach.


Do przeczytania! - Gabriel.