Pokazywanie postów oznaczonych etykietą non fanfic. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą non fanfic. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

"Niedopałek (Gdy krzyża brak)" - free writing

Tytuł: Niedopałek

Podtytuł: Gdy krzyża brak 

Opis: Klasyczny drabble, równe sto słów. Miniatura depresyjna, jak widać nawet ten stan ma swoje twórcze wykręty. 


Dym wzniósł się leniwym ściegiem przez materiał klarownego, lekkiego powietrza. Niechętnie skierował opryskliwie znudzone spojrzenie ku niebu i zmarszczył brwi, głęboko myśląc na spolaryzowany temat.
- Boże mój. - jęknął, zawierając kurtyny powiek, wciągając tytoniowy oddech do płuc i bezwładnie opuszczając wiotką rękę, ściskającą  na w pół spalony papieros. 
- Boże mój... - podjął, tym głośniej, unaoczniając fatalny stan swego gardła, które zaskrzypiało z lekka i dodało rdzy jego barwie. 
- Czemuś mnie opuścił. - zaintonował, ciągnąc żałosny, zawodzący na melodię pasyjnych śpiewów ton. 
Wyrzucił niedopałek, obserwując spokojnie, jak dokonuje żywota w powietrzu i wpada bezgłośnie w odmęt chaotycznie wzburzonego nurtu ciemnej, gniewnej rzeki.
Plusk.
Amen.


Gabriel Jankowiak

środa, 13 stycznia 2016

10 000 wyświetleń! - 10 000 views!

Jeju jeju, przegapiłem kiedy stuknęło nam 10 000 wejść, moje słodziaki ;w; No cóż, nie chciałem, żeby ten dzień nastąpił, ale po raz kolejny przysługuje wam wybór specjala. Zgodnie z moimi niezawodnymi statystykami *zagląda w papierki* bezsprzecznie najwięcej aktywności otrzymał od was shot "Nie przekręcaj klucza". Jako, że BTS to najbardziej maltretowany przez moją twórczość zespół, to nie będę tym razem traktował specjala jako coś doceniającego fandom ogólnikowo, a szczególny paring. W tym przypadku był to Vmin, więc tak - piszcie swoje sugestie związane z tym shipem, a ja postaram się sklecić z nich coś porządnego i niedługo możecie spodziewać się tej super-duper-specjalnej rzeczy na moim blogu. 

Poza formalnościami... jej. Chciałbym wam kosmicznie bardzo podziękować, nie marzyłem, że tak szybko uda mi się uzyskać taki rozgłos, i że moja twórczość przemówi do tak dużego audytorium. Jeszcze raz wielkie dzięki za wszystko co dla mnie robicie. Jesteście najlepsi. Kocham was :<

Nie jestem typem, który od pochwał osiada na laurach, więc spokojnie - dalej będę dawał z siebie wszystko i jeszcze więcej. Liczę na wasze zainteresowanie, motywację i od czasu do czasu dobre słowo czy sugestię. 

No to hm.. widzimy się przy 50 000? <3

Do przeczytania! - wasz Gabryś



***

Holy moly, I never noticed when we've reached 10 000 views, bunnies ;w; Well, I'd rather this day didn't come at all, but once again you are priviledged to choose the special fanfic. According to my infallible stats *searches through the docs* the one that has recieved the largest amount of your love is clearly one shot in polish "Nie przekręcaj klucza". Since BTS is the group that I regularly use in my output, this time we're going to choose not a band in general, but a particular pairing. And in this case it was Vmin. Well then - comment your suggestions below and I'll rig something up out of them. Expect  me to add this special as soon as possible tho.

Now besides all formal stuff.. damn. I'd love to thank you so so much, I would have never dreamt about becoming that well known and liked in such a shotr period of time. Thank you again. You're honestly the best. All the love :<

I'm not this type of person that would get lazy and feel as if I was some big fish - I'll work even harder, promise. Hope for you to carry on motivating me and letting me see your interest in my stuff. 

What else to say.. see ya around 50 000 views?

Till the next time! - your Gabe 



wtorek, 5 stycznia 2016

"Watch" - free writing

Tytuł: "Watch"

Opis: Kolejna rzecz z serii free writingu, chociaż tu już pojawiły się przesłanki sugerujące inspirację konkretnymi postaciami, więc można to trochę zaliczyć do formy artystycznej oddającej cześć idolom. Mam nadzieję, że udało mi się choć w niewielkim procencie przekazać ogrom emocji, jakimi darzę.. uwaga.. tak, wiem, że wszyscy wiecie. Miłej lektury.


Strugi błękitnych wypłaków zdobiły jego marznące oczy. Czas to tylko pojęcie względne, on nie wiedział ile go już minęło, jak długo siedział w jednym miejscu, bez ruchu, sparaliżowany ciągłym poczuciem niepewności i kruchego gruntu pod stopami. Otaczała go szarawa ciemność, przecinana przez wąskie wyrwy błyskotliwych, przymglonych promieni, które jak smagnięcia biczem na plecach skazańca, rozogniały się na kilka krótkich chwil, by potem zasklepić się, stwardnieć i zabliźnić.

Długie kosmyki cienkich, słabych włosów wirowały w rytm niejednostajnej melodii wygrywanej przez ślepe, południowe wiatry. Biel monotonnie okrywała jasnym welonem spękane połacie brunatnej ziemi. Czas tutaj przechadza się powoli, stawia kroki ostrożnie, by minutne stopy nie ugrzęzły w zimnym błocie.

Wyżłobione już dawno koryta rzeczne kołysały się wraz z jego spokojnym, wytłumionym oddechem. Spływały pociągłymi wstęgami, zataczały smukłe łuki na jego bladej, chłodnej skórze. Rzeźbione mrozem policzki nie przelewały już cennych kropel krwi, rubinów skrywających weń resztki ciepła i żywotności.

Wpatrywał się w ocean. Skute lodem od strony brzegu fale łopotały chaotycznie, rozbijając kry zamrożonych emocji i tłukąc wodne skały bez względu na ich piękno i kunszt. Łzy wielorybie i orcze niezmiennie splatały się i łączyły w jedno, zasilając głębię wszechwód.

Siedział na krawędzi świata już kolejne dekady, tysiąclecia i maleńkie sekundy. Maski dawno wymarłych plemion kruszały lub wilgły, rdzewiały. Pęknięcia powiększały się z każdym uderzeniem serca, tłoczącego jasną posokę przez jego oszronione tętnice. Ciemne, pożółknięte powieki rozmazywały zamglony obraz otaczającej go rzeczywistości. Sina świadomość powtarzała, aby trzymał się dalej, żeby nie zostawiał swojego odwiecznego miejsca, gęstego przetlenionym powietrzem. Ale on już nie słuchał. Martwe uszy odpadły, powoli prując materiał jego zaziębionego ciała. Oczy sczerniały, zapadły się, przegniły ostrą, lśniącą szadzą. Hoseok z trudem wziął ostatni oddech...

Góry otaczały wdzięcznym pierścieniem oceaniczną zatokę. Nazywali ją nierzadko portem zegarmistrza, opisywali w kronikach i balladach. Mgła zasłoniła najwyższy ze szczytów, fale uspokoiły swój spieniony gon. Z niosącym się przez puste pola suchym westchnieniem, blada, zmrożona sylwetka osunęła się po stoku góry.

Na chwilę wszystko ucichło. Nawet ptaki nadmorskie zamknęły dzioby i stanęły w powietrzu, ospale trzepocząc wypłowiałymi skrzydłami.  Ciało, tak blade, że niemalże przezroczyste, zlewało się z mgłą, w którą wpadło. I jakie było zdziwienie kormoranów, kiedy miast roztrzaskać się o ostre, przybrzeżne skały, gdzieś po drodze postać się roztopiła i znikła. Nie pozostawiając po sobie najmniejszego śladu.

Wtedy rozległ się przytłaczający ryk fal, wszystko zerwało się, nakarmione wizją nowego pulsu, świeżej, gorącej krwi. Lód oceanu rozpękł się, ulegając galopującym bałwanom słonej głębi, piaskowe wydmy rozmyły się, siła mokrego chaosu uderzała buntowniczo w zbocza góry. Zagotowało się w oceanie, ogromna kałuża łez uniosła się, pograżając wszystkiemu co stało na jej drodze. Wiatr łomotał dziko, zmieniając tylko ton swego bezlitosnego zawodzenia. Ziemia drżała. Czas zwolnił, zatrzymał się i obrócił w kierunku wody, wiedziony ciekawską naturą.

Fale powoli urastały do gargantuicznych rozmiarów, przesłaniając całą zatokę cieniem zbliżającego się sekretu. Góry jakby zmalały, wobec przytłaczającej potęgi wzniesionych dzieci monsunu. Watry szalały, jak wypuszczone z klatki dzikie zwierzęta, pierwszy raz kosztujące wolności. Aż się zaczęło.

Ściana wody jęła powoli rozszczelniać swoje odmęty, opadając z hukiem na brzeg i roztrzaskując kolejne hektolitry krwi planety o poszarpane, czarne skały. Wyrwa jak cięta rana rozchodziła się na boki, uwalniając coraz większe ilości podatnej na grawitację morskości. Wiatry wiły się i skakały z ekscytacji, czując co zwiastuje taki obrót spraw. Ciemne niebo roziskrzyło się mrożącymi wyładowaniami elektrycznymi, przeszywającymi spieniony, groźny ocean migotliwym, białym światłem. Ptaki już dawno uciekły, nie chcąc paść ofiarom nieobliczalnych żywiołów i ulegając własnemu lękowi. W jeszcze do niedawna cichej, zamglonej zatoczce, nie pozostała jedna żywa istota, wszystko umknęło w głąb lądu, przerażone chaosem wody i nieba. 

Wtedy błyskawica z przeszywającym, rozdzierającym wrzaskiem uderzyła dokładnie pomiędzy powoli dzielące się fale, na krótką chwilę oświetlając dokładnie wnętrze poszarpanych głębin. 

Stał tam. Wielki, ciemny, krwisty. Zajrzał w oczy czasu, uśmiechnął się, rozciągnął oziębłe mięśnie. Czas obserwował go z niemałym zainteresowaniem, bacznie kontrolując każdą spadającą na brzeg kroplę. 

Błyskawica znikła, pozostawiając kotłujące się, oceaniczne piekło tak ciemnym, jak je zastała. Ale ściany wody nie zlały się w jedność, nie wróciły do poprzedniej formy. Odsłonięty w całej nagiej okazałości, postawił krok naprzód. Odmęty zagrzmiały niczym trąby z głębi ziemi, zadrżały niepewnie i jęły obalać się bezwładnie za każdym kolejnym posunięciem jego majestatycznej sylwetki.
Kiedy stanął na czarnym piasku wybrzeża, woda opadła już w całości i cichła właśnie, ostatkami sił wyciszając galopujący do tej pory oddech. Czas zmarszczył gęste brwi.

Silne ręce ciemnego łapały kolejne ostre skały najwyższej z gór. Oddech zmieniał kierunki wiatrów, spojrzenie łamało skrzydła niedobitków. Błyskawice korzyły się, odstępowały stopniowo, umykały w popłochu na zimną północ. Tlen dusił go, wysokość chciała przytłoczyć, fale mruczały groźnie. Aż do momentu, w którym zasiadł na trupim punkcie. A świat opadł, sapnął i zamknął oczy. 

Głowę pokrywały poszarpane, krwiste płomienie. Żyły biły równy, głośny, dyktatorski rytm. Oczy czarnym, bystrym spojrzeniem omiotły swe dzieło, każde ziarnko piasku, każdą kroplę oceanicznego kosmosu. Podparł żuchwę na pięści, rozchylając szeroko nogi i władczo rozpoczynając swój długi marsz z czasem u boku. 

A czas odwrócił z powrotem wzrok i zlustrował topniejącą od żaru słońca glebę. Przeszedł kilka powolnych kroków, ale jakoś dziwnie posiwiał, zesztywniał.

I westchnął.


Do przeczytania! - Gabriel



środa, 23 grudnia 2015

"Czarna kawa" - free writing

Tytuł: "Czarna kawa"

Opis: Poczułem chęć przelania niejednoznacznych emocji na opowiadanie. Abstrakcja; nie jest związane z jakimkolwiek zespołem czy fandomem, tylko z moimi odczuciami. Zróbcie z nim co chcecie. Zapraszam.


Zimny, intensywny napój rozlewał się w jej gardle, wpadał do przełyku, dalej przez cały układ trawienny. Lubiła myśleć z czego się składa, mieć za paznokciami to, że jest stworzona w swoiście fantastyczny sposób, że wszystko działa w niej jak w szwajcarskim zegarku. 
Zerknęła beznamiętnie na zegar na ścianie. Kto teraz wiesza zegary na ścianach.. Lubiła wracać drobnymi gestami do perliście radosnych momentów swojego życia. Jej mama wieszała zegary na ścianach. Czemu ona miałaby tego nie robić?
Niezdecydowane płatki śniegu obracały się za oknem w powolnym polonezie, rytmicznie zataczając kolejne kręgi przed opadnięciem na mokrą trawę. Pogoda była niezdecydowana, na granicy dwóch światów, kołysała się pchana fenami i borami. 
Kawa znów wpłynęła do jej ust. Uwielbiała czuć jej gorzki, chłodny smak na języku. Sprawiał jej więcej radości, niż słodycze, czy przekąski. Czuła, że żyje. 
Dostrzegła go kroczącego przez błotniste kałuże i skaczącego z jednej płytki chodnikowej na kolejną. Uśmiechnęła się pod nosem i przeczesała zmęczone włosy. 
Zatrzymał się przed jej oknem i zastukał poczerwieniałymi kostkami. 
Wstała z sofy, odstawiając filiżankę na stolik i podeszła do szyby z promiennym uśmiechem. Odpowiedział jej tym samym, przyciskając usta do szkła i zostawiając na niej wilgotny, zaparowany odcisk. Zaśmiała się pod nosem, kręcąc z rozbawieniem głową i przesłaniając smukłymi palcami szeroki uśmiech, który wykwitł na jej malinowych ustach. On pomachał jej energicznie, nasunął czapkę głębiej na czoło i oddalił się w dziecinnych podskokach. Przez chwilę jeszcze wyglądała przed uchylone okno, aż opuszki jej palców pobladły i nieco posiniały, a szyba zderzyła się powoli, lecz ciężko z framugą.
Wracając na swoje dotychczasowe miejsce chwyciła naczynie z płynną kofeiną, wlewając w siebie naraz pozostałą weń zawartość. Oparła się wygodnie o miękki mebel, kilka razy poprawiła swoją pozycję, w końcu zawieszając spojrzenie na suficie i dokładnie badając wzrokiem jego fakturę. Uśmiechnęła się do siebie, sama nie wiedząc czemu. To przez niego? Ostatnio często czuła nieuzasadnioną radość.. to pewnie zauroczenie. Mama często powtarzała, by nie mylić go z miłością. Ale w sumie co to za różnica.

Kolejny dzień, kolejna cisza w czterech ścianach. Pisała dużo, dla siebie i najbliższych, nie chciała chwalić się pomysłami. Chyba za bardzo bała się, że ktoś je sobie przywłaszczy. Nie chciała swoich myśli u kogoś, z kim nie ma nic wspólnego.
Gorzki płyn parował z zielonego, wąskiego kubka. Spiła powoli łyk gorącej herbaty i wróciła do zapisywania gęsto pożółkniętych, kruchych kartek starego papieru. Lubiła go. Mogła w prawdzie kupić normalny zeszyt. Ale te zostały po mamie, ona nigdy ich nie dokończyła. Czuła z nimi jakąś niepisaną więź. Lubiła zostawiać w nich kawałki siebie. 

Świat gasł. Papużki poznikały z ulic a światła przymglonych latarni co jakiś czas potęgowały swój blask, inicjując miejską noc. Rutyna zasypiania nie do końca jej pasowała, ściany dudniły nad jej głową, kurcząc się i zapadając. Odnosiła wrażenie zamknięcia, nie lubiła tego, nawet bardzo. Wtedy myślała o jego dłoni, o jego ciepłych ramionach. Starała się odegnać buszujące po kątach demony i zastąpić je jego promiennym, jasnym uśmiechem. To zawsze działało. Zadowolona i nieco pewniejsza siebie decydowała się na porzucenie świadomości i otulenie się ciepłym kocem snu. 

I znów przygotowywała kawę. Wyglądała przez okno, szukała jego bystrego spojrzenia. Jeszcze za wcześnie, przyjdzie później. Odłożyła filiżankę gorącej gorzkości na stoliczek, tuż obok kilku połowicznie zapisanych stronic. Nie dostrzegła, kiedy do jej małego schronienia wszedł intruz. Niemalże podskoczyła, kiedy wreszcie zauważyła uśmiechniętego, nieco skrępowanego mężczyznę drobnej postury z torbą przewieszoną przez ramię i białą kopertą w dłoni. Wręczył jej uprzejmie przesyłkę, skłaniając się nisko, na co ona odpowiedziała równie głębokim skinieniem. Pomachała mu z szerokim uśmiechem wykwitłym na ustach. 
Ale tak naprawdę bardzo nie lubiła odbierać rachunków od listonosza. 
Zaabsorbowana lekturą kolejnych wyliczeń wartości zużytych przez nią dóbr, ponownie przegapiłaby czyjąś obecność. Do okna stał już przylepiony jej ulubiony uśmiech. Zerknąwszy nań poderwała się skocznie i dobyła szklanej ściany w kilka sekund.
Nie był sam. Jej uśmiech pobladł. Sama nie rozumiała dlaczego.
Dwie dłonie - jedna jego, druga kogoś, kogo widziała pierwszy raz. Ten drugi też wyglądał na miłego, ale nie chciała go lubić. Poczuła do niego wielki żal i wcale nie chciała na niego patrzeć. Uśmiechnęła się szeroko i pomachała do wąskich, zmrużonych oczu za oknem. On bez namysłu podniósł wolną dłoń, wskazując z podekscytowaniem na zdobiącą ją biżuterię. Na palcu serdecznym tkwił prosty, błyskotliwy pierścionek, na który po chwili opadło kilka płatków bieli. Czuła, że jej policzki były bardzo czerwone, wiedziała o tym. Wiedziała, że oni też to widzą. Zaklaskała w dłonie, kiwając z radością głową. On pocałował tego drugiego w policzek i szeroko się do niego uśmiechnął. Był taki radosny. 

I znów przygotowywała kawę. Ściany dudniły jak nigdy. Nie chciała dzisiaj spać, bała się. Straciła swoją tarczę i byłą narażona na dużo nieprzyjemnych czynników zewnętrznych.
Napój parzył jej przełyk, spływał dalej, ognił żołądek. Ta czerń dziwnie ją zalewała, z każdym łykiem miała mniej przestrzeni na oddech. 
Widok za oknem był zwyczajny. Latarnie mrugały niejednorodną, bladą łuną, ostatnie kroki zmierzały po chodniku do swojego schronienia.
Mróz przeszył srebrzystym ostrzem płytsze z błotnistych kałuży.
A ona cieszyła się, że jej łzy milczą. 


Do przeczytania! - Gabriel.